czwartek, 16 maja 2019

Kredki Luny - Jak stworzyć portret kota.

Ponieważ postanowiłam, że będę robić portrety zwierząt to wypadałoby jakoś zacząć wzbogacać swoje portfolio. Nadal się uczę, intuicyjnie szukam idealnego dla mnie stylu, wyrabiam sobie swój indywidualny i najwygodniejszy. 
Zaczynam od tego co mam niejako pod ręką, więc od swoich pupili. Mam dobre zdjęcia referencyjne, modela na podorędziu.
Więc w ubiegłą Sobotę spontanicznie przygotowałam szkic.
Jak widać, na papierze koloru... burego. Kiedyś kupiłam do pasteli, z którymi bardzo mi nie po drodze (UWAGA - SPRZEDAM PASTELE) i znalazłam. Spodobał mi się i postanowiłam spróbować narysować coś na barwionym podkładzie. Szkic zrobiłam ołówkiem, poprawiłam białą kredką i to okazało się niemądre. Bo kredka była olejna nie woskowa i jak zmazywałam ją przed kolorowaniem to linia po mazaniu nie chciała się tak samo pokryć kolorem jak reszta kartki. Nie wiem czy to wina kredki czy może papieru, przy następnej pracy na podobnym papierze się przekonam. 
Jak widać zaczęłam od uszu - nadal mam z nimi pod górkę. Ale tym razem nawet zgrabnie mi wyszły. 
Kreseczki. Tysiące kreseczek. Częste ostrzenie kredek, żeby były cieniutkie. No można popaść w trans stawiając te kreseczki. Był taki moment kiedy się zastanawiałam śmiejąc, czy ja więcej postawiłam kresek czy Keira ma w tym miejscu włosków. Bo to jest dopiero pierwsza warstwa. Zaznaczyłam sobie też orientacyjnie odcienie. 
 Jak już powstała pierwsza warstwa włosków to naniosłam odcień jasnego beżu, który wydawało mi się że widzę u kota. To sprawiło, że włoski się nieco rozmyły. Na to przyszła następna warstwa włosków. Trzeba zaznaczyć, że używałam kilku odcieni brązu, szarego brązu i pokrewnych. Tak w sumie, fragmentami powstało kilka warstw rozmytych włosków i świeżych naniesionych na górna warstwę. 
 Keira nie jest kotem o skomplikowanym umaszczeniu, dominuje białe:) Ale to białe to też takie nie jednolicie białe. W tym wypadku w odróżnieniu od łaciatych braci z przedostatniego postu, postanowiłam popracować nad światłocieniem. Warstwa pierwsza była czystobiała, drugą to te szare miejsca, gdzie widziałam cień na sierści. 
Na koniec, moje ulubione oczko, w tym wypadku jedno, dopracowanie białej sierści, szczegóły i podpis. 
Razem od 8 godzin pracy oczywiście rozciągnięte na kilka dni. 

 
 Super idealnie nie jest, ale podobieństwo widać, nie tylko z powodu jednego oczka. Więc jestem zadowolona. Zwłaszcza z tej sierści na głowie, bo to bardzo trudna sprawa takie futro narysować. Tam jest tyle odcieni, niuansów... pojedynczy włos ma trzy kolory... masakra. 
Teraz ważne pytanie:
Co o tym portrecie sądzicie? Czy ja mogę już oferować swoje artystyczne usługi na szerszym forum? Wiadomo, że cały czas będę się uczyć i rozwijać, ale marzę o tym by Tworzyć takie portrety na zamówienie. 
Zatem bądźcie przygotowanie na więcej takich postów, bo aby dojść do wymarzonej formy trzeba ćwiczyć.  
Bardzo proszę o uczciwą ocenę i jeśli będzie pozytywna to może o jakiś marketing szeptany? może ktoś z waszych znajomych chciałby taki portrecik?  Będę wdzięczna i za opinie i za pomoc. 
Z góry dziękuję z głębi serca. 

piątek, 10 maja 2019

Kupiłam najdroższe kredki świata - oszalałam?

Nim przejdę do tematu z nagłówka to opowiem wam anegdotę sprzed 10 lat. Pracowałam w sklepie zoologicznym i któregoś dnia przyszła "Pańcia". Z yorkiem pod pachą. Charakterystyczny typ. 
Podbijam do niej grzecznie i uprzejmie. 
- Chcieliśmy szampon kupić. 
"My" chcieliśmy. Ona i albo jej wymyślona przyjaciółka albo psiak.  Spoko.
- Proszę bardzo, tutaj mamy szampon do sierści srebrzystej...
- On ma WŁOS!!! To jest york.
Święte oburzenie pod tapirem i rzęsami jeden do jeden. OK, myślę sobie.
- W takim razie szampony do włosów są tu, za ladą. 
I wzięła, kręcąc nosem na cenę, szampon do sierści srebrzystej za 70 zł, zamiast za 10. Ale skoro jej pies ma włos, a nie sierść (składającą się z włosów...) to trzeba płacić, nie ma lekko. 
No ja wiem, zaraz się odezwą właściciele kanapowców z sierścią płynącą... Ale proszę zadać sobie pytanie, czy to nabieranie zakochanych właścicieli w balona? Czy ta pani poczuła się lepiej ze sobą, że kupiła super ekstra szampon z Australii (chociaż chyba bolała ją cena) zamiast naszego rodzimego, o właściwościach niemal identycznych?
A sierść składa się z włosów, tyle, że wyrastających po kilka z cebulki. 

 Wracając do tematu.
Caran d'ache Luminance to... Najdroższe kredki świata. 
Są wedle użytkowników boskie, super, wspaniałe, lepsze niż czekolada i whisky, zależnie od gustu.
Są szwajcarskie co już samo w sobie o czymś świadczy - chyba...  No ale naprawdę? No naprawdę... 1000 zł za kredki? - 76szt ( z hakiem od 100 do 300zł w zależności od tego jak i skąd kupujemy) to jednak nieco paranoja. 
Za tysiąc ( musiałam napisać bo może ktoś uznał, że się z zerami rozpędziłam, nie nie rozpędziłam ) to można mieć telefon, aparat, ba lodówkę czy pralkę, a nawet suknie ślubną. Za tysiąc mam roczny zapas dobrej jakości karmy dla trzech kotów. Dobrej, nie najlepszej - normalna jestem. 
Tak - jestem normalna, nie wydałam tysiąca na kredki. Nie wydałam bo nie mam. A jakbym miała to pewnie bym wydała bo aż tak zupełnie normalna nie jestem.  
Wydałam stówę, na kilka kredek... W sumie to też już nieco kwalifikuje na kaftanik. Więc proszę nie zdradźcie mnie. Żeby uciszyć sumienie równowartość wydałam na żarcie dla kotów. Rzuciłam też coś na umierające na jakąś szatańska chorobę dzieciaczki. to można powiedzieć, że sumienie mam krystaliczne...
Tyle się naoglądałam o tych mercedesach wśród kredek, że postanowiłam zobaczyć o co ten hałas. A ponieważ mam wielki i ukochany mój zestaw Prism (kredki za pincet z USA), to nie byłoby sensu zakupować całego wielkiego zestawu tych szwajcarów. Znalazłam sklep gdzie sprzedają na sztuki - chwała im, że w ogóle są bo jak ci się któraś skończy to co? Znowu cały czy płaczesz bo nie masz najczęściej używanego koloru? A są takie zestawy gdzie nie dokupi się nic a nic. No lipa. 
No w każdym razie rozejrzałam się z ciekawości i zobaczyłam promocje. No nie, myślę, jak promocja to trzeba skorzystać.  
Wybrałam osiem kolorów, takich moich naturalnych i dwie z innej formy do kompletu. Pękła stówka ale z niecierpliwością czekałam na dostawę.
Powiem wam, sklep mnie zaskoczył, jeszcze tego samego dnia dostałam smsem info o terminie dostarczenia od przedstawiciela firmy. Potwierdził to portal kurierski wykonujący usługę. Szybko bardzo. Dwa dni robocze. 
Przyszła. Patrzę a tam pudełko prawie jak do butów. Hę... na osiem kredek? Otwieram, a tam wysypują się styropianowe kluski, i dwa foliowe pęcherze oraz trochę tekturowego makaronu. Pomiędzy tym całym szmelcem pakunek zawinięty w papier, folie bąbelkową i strecz. A pod tymi warstwami pięć pudełek, wąskich i długich. W pudelku po dwie kredki i kawałek papieru, żeby nie latały.
Powiem wam, że tak zabezpieczonego towaru to jeszcze nigdy nie dostałam. Jakby kielich kryształowy kupiła, a nie kredki. Chciałam nawet wystawić pozytywną opinię sklepowi, ale nie mają takiej opcji na stronie. Ale jakby kto był ciekaw to podam nazwę w komentarzu. 
Kredki ładne, dość duże, wyglądają na prawdę elegancko. A o tym jak się nimi pracuję to napiszę przy okazji prezentowania ilustracji, do której ich użyłam. 
Na dziś to tyle. 
Dalibyście tyle za kredki? Ja myślałam, że zabłysnę, ale kolega mnie zagiął mówiąc, że żona mu pokazała pędzle do makijażu za 3 tysiące. Nie wiem ile tych pędzli, może kontener z chin?
Pozdrawiam serdecznie. Podzielcie się swoimi kuriozami cenowymi, które spotkaliście.