niedziela, 18 października 2020

"Kawa z kocim włosem"

  Czasem w człowieku rodzą się historie, obrazy, których nie da się przedstawić tak po prostu farbami, trzeba czegoś więcej. I to "coś więcej" to moje pisanie, amatorskie, niedoskonałe ale z serca. 💖

Zapraszam na opowiadanie.

 

Kawa z kocim włosem



Wstała najciszej jak umiała z łóżka i poszła do łazienki. Spojrzała w lustro i skrzywiła usta.

- Szału nie ma… - Oglądała swoje odbicie krytycznie.

Włosy ciemnobrązowe, kręcone. No kręcone to one miały być chyba w zamyśle ale między projektem, a wykonaniem coś chyba nie zadziałało. Wyglądała jakby ją prąd kopnął. No, może jakby się starannie uczesała, nałożyła tonę odżywek, pianek i innych specyfików… efekt byłby niewiele lepszy. Może nieco uładzony i oklapnięty od warstw mazideł.

Westchnęła. Pięknością z twarzy nie była, to na pewno. To może chociaż natura dała jej oszałamiające ciało? Ta, jasne. Uniosła ręce do dekoltu koszulki i zerknęła tam gdzie powinny być piersi. Powinny z racji płci nabytej jeszcze przed narodzinami. Może gdzieś sobie chwilowo poszły? Pieszczenie jej biustu przez mężczyznę przypomina łapanie dwoma palcami rozsypanego ryżu.

Oparła zrezygnowana głowę o zimną taflę szkła i westchnęła boleśnie oraz przejmująco.

- A ty co tam tak dumasz? - Doszedł ją głos mężczyzny.

Nie odrywając czoła od szkła spojrzała na jego odbicie.

- Cycków nie mam.

- No i?

- No i nie mam, a kobieta powinna jakieś mieć, nie? Chciałabyś czasem coś pomiziać, nie?

- Będziesz tak dziś smęcić? Cycki są przereklamowane.

Znów boleśnie westchnęła.

- Zmieniając temat, my już jesteśmy na tym etapie, że sikamy przy sobie? Bo chciałabym się wysikać.

- Ty widziałeś mój brak cycków, to ja mogę oglądać jak sikasz… - Odkleiła się od lustra. - Ale wolę zrobić kawę. - Wyczłapała jak skazaniec z łazienki.

- A cycki masz! - Krzyknął za nią. - Tylko kompaktowe.

Uśmiechnęła się. Kompaktowe, też coś, ale miłe. Weszła do kuchni i włączyła ekspres. Kiedy inteligentna maszyna przepłukiwała swoje wnętrzności Iza niewidzącym wzrokiem zapatrzyła się w dal przez okno. Szturchnęła niechcący absurdalnie wielką psią miskę i na ten dźwięk do kuchni wtoczył się absurdalnie wielki pies. Usiadł przy niej i wywalił jęzor.

Jak to się stało, że jest w związku z tym wspaniałym mężczyzną o wielkim sercu, mieszka prawie na wsi i ma buro płowego kundla wielkości cielęcia?



Kilka miesięcy wcześniej.

Adam skończył właśnie swój dzień pracy, wyjątkowo o normalnej godzinie. Nie pamiętał już kiedy ostatnio wyszedł z posterunku zgodnie z grafikiem. Zazwyczaj na niedługo przed końcem jego zmiany, dzwonił telefon, który nakazywał wsiąść do samochodu i jechać na miejsce zdarzenia. Ot, taka specyficznie złośliwa prawidłowość. Jakby nie mógł zadzwonić ze dwie godziny wcześniej. Nie, zawsze na godzinę, pól przed końcem pracy. Ech…

No, ale dziś się udało. Gdyby było miesiąc później, to stwierdziłby, że to świąteczny prezent od losu, lecz do świąt był jeszcze okrągły miesiąc. Miał właśnie zadzwonić do siostry, poinformować, ze chętnie by wpadł ale zauważył coś co przykuło jego uwagę na tyle, by zatrzymać rękę z telefonem.

Przed słupem ogłoszeniowym stała kobieta. Widział jej profil, widział jak przyklejała ogłoszenie w foliowej koszulce, taśmą klejącą i płakała. Ona nie próbowała ukryć swojego płaczu, płakała jak dziecko, łzy spływały po policzkach, cała twarz była zaczerwieniona, co jakiś czas próbowała powstrzymać cieknący nos. No, nie było to Holiwoodzkie pochlipywanie. Z doświadczenia wiedział, że tak kobiety płaczą kiedy spotyka je naprawdę ogromna tragedia, kiedy nie myślą o makijażu i wyglądzie. Z ciekawości podszedł na tyle blisko by zobaczyć czego dotyczyło ogłoszenie przez nią wywieszane.

Musiała usłyszeć jego kroki, bo zerknęła na niego nieco spłoszona. Odruchowo przetarła chusteczką nos i oczy. Poprawiła też czapkę. Spojrzał na ogłoszenie. Widział je już. W koszu na śmieci u kolegi z posterunku. Przedstawiało rudo-białego, puchatego kota o okrągłej głowie i wielkich, zielonych oczach. Informacja mówiła, że zaginał, że nazywa się Nefryt i jest nagroda. Duża nagroda, jak za kota.

Zerknął jeszcze raz na kobietę. Przyglądała mu się z mieszaniną nieufności i nadziei. Niepewnie się uśmiechnął. Poczuł wstyd na wspomnienie wczorajszego popołudnia w pracy. Kiedy wrócił ze zgłoszenia, kolega poinformował go, kpiąco machając ogłoszeniem, że była u nich jakaś wariatka zgłosić zaginięcie kota. Podzielił się przy okazji kilkoma niewyszukanymi uwagami na temat tego co o takich durnych babach sądzi, a potem wywalił ogłoszenie do kosza na śmieci.

Adam nie zwrócił na to większej uwagi, nie mają czasu ani tym bardziej środków na to by zajmować się szukaniem kota, psa czy nawet aligatora, chyba, że stanowi zagrożenie. O komentarzach kolegi pomyślał swoje, że się nie dziwi, iż właśnie przechodzi niełatwy rozwód. Teraz jednak poczuł współczucie dla tej kobiety.

- Widział go może pan? - W jej głosie była tak łamiąca serce nadzieja, że bał się zaprzeczyć.

Zrobił to jednak, bo nie widział Nefryta. A w tej chwili chciałaby najbardziej na świecie wyciągnąć łaciatego kocura spod kurtki i oddać załamanej właścicielce.

- Niestety nie, ale będę się rozglądał. - Obiecał.

- Dziękuję- Szepnęła i cicho dodała – przynajmniej mnie pan nie wyśmiał jak inni.

Chciał zapytać kto ją wyśmiał, ale nie dała mu okazji. Kiwnęła głową i poszła w swoją stronę. Patrzył jeszcze za nią dłuższą chwilę. Smutek, który dostrzegł w jej oczach był tak przejmujący, tak szczery i dotykał jego najwrażliwszych strun. To właśnie ta wrodzona wrażliwość i empatia zawiodły go do szkoły policyjnej. Jak widać, wiele lat tej niewdzięcznej i ponurej służby nie zabiły w nim tych cech. Ot, jakieś pocieszenie. Sfotografował ogłoszenie bo podjął decyzję, że przyłoży się do szukania kota. Tak, to tylko kot, a na świecie znikają dzieci i dorośli ale jednak dla kogoś ten kot był ważny. Dla tej kobiety, być może dla jej całej rodziny był ważny. Oficjalnie nie mógł się tym zająć, ale po pracy, albo podczas patrolu, zerknąć dyskretnie tu i tam…

Postanowił bez uprzedzania wpaść do siostry, nauczycielką była. Więc może też rozgłosić dzieciakom, że takiego pączka w rude łaty szukają. A co ciekawsze, jej mąż był strażnikiem leśnym… Bo z doświadczenia wiedział, że ogłoszeń niemal nikt nie czyta, a jak już to raczej z niezdrowej ciekawości, potem od razu zapominają. Ale jak cię ktoś znajomy poprosi to inaczej do sprawy podchodzisz.

Syców to nie duże miasteczko, dość spokojne, mało się tu dzieje, a tymi trudniejszymi sprawami i tak zajmuje się komenda powiatowa z Oleśnicy. Im zostają włamania, kradzieże, burdy domowe i jeszcze raz włamania. A to do altan działkowych, a to do sklepiku osiedlowego. Czasem jakiś pijaczyna się w stawie utopi. W ostatnim dziesięcioleciu, dwóch takich mieli. Bo sprawą dziecka co zginęło śmiercią tragiczną podczas prac polowych to się zajęła Oleśnica. Dopalacze nie dotarły, może dla tego, że ci co by chcieli brać do Wrocławia uciekli. Bo tam łatwiej o pracę, anonimowym się jest. No, po prostu małe miasteczko na Dolnym Śląsku. Miłe, w miarę spokojne. Więc mógł się zająć poszukiwaniami zaginionego kota, w tak zwanym międzyczasie.

Iza obeszła i objechała całe miasto i okoliczne wsie, rozwieszając gdzie się tylko dało ogłoszenia o zaginięciu Nefryta. Minęły dwie doby odkąd kot wymknął się z domu i nie wrócił. Była jego zaginięciem załamana, kochała kota jak dziecko, którego nie miała. Był jej przyjacielem, wiernym pocieszycielem w trudnych chwilach, a w ostatnim czasie bardzo jej to było potrzebne.

Weszła do domu, ale zanim to zdobiła to obeszła jeszcze ogród i uliczki osiedla nawołując w nadziei, że wrócił. Ale nie było go. Zresztą zapadł już zmrok i niewielkie miała szanse na wypatrzenie go, nawet jeśli jego białe futro odbijało się od mroku. Teraz pewnie nie było już takie białe. Otarła łzy, żeby widzieć zamek w drzwiach. Martwiła się bardzo.

Nefryt był dużym i zdrowym kotem, może ktoś go przygarnął, ładny i przyjazny w usposobieniu… Gdyby miała wybierać to tę opcję wybrała by najchętniej. Bo co też miała w alternatywie… potrącenie, błąkanie się głodnym i zmarzniętym, atak psa, czy inne zagrożenie…

Usiadła przy kuchennym stole w kurtce i rozpłakała się ponownie w głos.

- Nefi, gdzie ty jesteś? - Chlipała z głową opartą o blat. - zostałeś mi tylko ty i tak po prostu uciekłeś? Nefi, kochanie, wróć do mnie, błagam cię koteczku.

Jej ramionami wstrząsał szloch. Czuła jak rozrywa jej serce. Ból potęgowała obawa, czy nic mu się nie stało. Świadomość, ze może gdzieś okaleczony leży i cierpi, że się boi, odbierała jej zmysły. Był domowym, wykastrowanym kocurem, śpiącym z nią w pościeli, nie miał szans na wolności.

Gdyby zamknęła go w pokoju, na czas odbierania paczki od kuriera… A tak, wystarczyła sekunda i gruby, duży, rozpieszczony kanapowy kot, wyszedł na podjazd. Nim zdążyła zareagować, a zaatakował go kundelek sąsiadów, obszczekał jedynie bo płot nie pozwolił na nic więcej, ale to wprawiło Nefryta w takie przerażenie, że uciekł pod rododendrony. Pobiega za nim, ale nie było go w krzakach. Nie było go nigdzie. I tak zaczął się jej obecny horror. Nawet nie pożegnała kuriera i nie zamknęła domu, tylko pobiegła szukać zwierzaka. I tak szuka go do dziś. Z coraz mniejsza nadzieją na znalezienie. Liczyła, że wysoka nagroda jej pomoże. Że ludzie będą się rozglądać za jej ukochanym pupilem dla tych dwóch tysięcy nagrody. Nie było jej łatwo przeznaczyć taką kwotę, ale nie zastanawiała się nad tym. Nefryt wart był każdych pieniędzy, bez niego nic nie znaczyły.

Gdyby nie on, to nie wie jak przetrwałaby rozwód, przeprowadzkę z wielkiego miasta i upokorzenie jakie ją spotkało podczas tego procesu, od ludzi, których miała za przyjaciół. Jak się okazało, byli to przyjaciele jej męża, tego człowieka, dla którego dane słowo nie było nic warte, a przyzwoitość była przeżytkiem i to bardzo uwierającym. O honorze nie słyszał, a wierność nie istniała w jego słowniku.

Uciekła więc. Uciekła i skryła się tu w Sycowie, małym miasteczku, które znała z dzieciństwa, kiedy odwiedzała ciotkę. To właśnie Ciotka Aurelia zostawiła jej dom, paskudny kwadratowy dom na osiedlu, gdzie podobnych kostek było dziesiątki jak nie setki. Z małym, zapuszczonym ogródkiem. Ale teraz ten paskudny dom, był jej azylem. Nie zdążyła tylko zabezpieczyć ogrodu… nie zdążyła się jeszcze dobrze rozpakować.

- Oh, Nefi… gdzie jesteś?

Nie spala dobrze, od wielu miesięcy. Od kiedy zaczęła podejrzewać Igora o zdradę. Nie dbał za bardzo o zachowanie pozorów i kiedy go dla żartu zapytała o to czy nie wolałby młodszej, ładniejszej, to usłyszała:

- A kto by nie wolał?

Zatkało ją. Nie miała szansy kontynuować rozmowy bo oznajmił, że wychodzi na chwilę i wyszedł. Jego chwila trwała do rana. Napisał jej tylko, że będzie z współpracownikiem siedział nad projektem i pewnie sobie coś do tego wypiją. Zaczęła się zastanawiać jak wygląda ten jego współpracownik i na czym polega jego projekt.

Nie układało im się już od dłuższego czasu. Jakby się tak dobrze zastanowić to od ponad dwóch lat. A może już wcześniej było coś nie tak, ale wolała tego nie wiedzieć. Chyba od momentu kiedy przygarnęła Nefryta. Igor nie przepadał za zwierzętami, drażniły go wszędobylskie włosy, zwłaszcza na jego garniturach. Nie chciał kota w domu. Ale mu wtedy po raz pierwszy przypomniała, że to jej mieszkanie i ona na nie łoży, więc skoro się zgodziła na to by wykończyć je według jego uznania to chce mieć w nim kota. Tego konkretnie, wyliniałego, małego, brudnego wypłosza co siedzi w koszu i zaraz idzie na badanie. Zaperzył się, obraził na długie dni, ale już nic więcej nie powiedział. Do czasu. Przy każdej możliwej okazji okazywał kotu niechęć i wypominał wszystkie jego, często wydumane na poczekaniu, wady. Że śmierdzi, że brudzi, że kłaczy, drapie, miauczy i oddycha. Że kosztowny. Nie kiwnął przy nim palcem, nie wymagała tego, to był jej obowiązek. A Nefryt okazał się naprawdę bezproblemowym zwierzęciem.

Teraz wiedziała, że tak naprawdę nie chodziło o kota, tylko o to, że się sprzeciwiła. Że po raz pierwszy od kiedy byli parą, postawiła na swoim i jeszcze wypomniała mu, że więcej zarabia. Byli małżeństwem cztery lata. On pracował w korporacji, piął się po szczebelkach tak zwanej kariery. Ona była wolnym strzelcem, grafikiem komputerowym i programistą. Dobrym. Nawet bardzo dobrym. Miała stałe zlecenia od wielkich firm i fuchy od ciekawych inwestorów. Konkurencja na rynku była duża, ale ją cechowała skuteczność, pomysłowość, dobre wykształcenie i renoma.

Dla tego ze swoimi dochodami i wkładem własnym, zasilonym przez rodziców, miała możliwość kupić mieszkanie we Wrocławiu, oczywiście na kredyt. Ale spłacanie go nie nadwyrężało jej budżetu jakoś specjalnie. Zwłaszcza, że sama nie miała jakichś wielkich wymagań. I właśnie kiedy już skończyła podstawowy remont i zamierzała się zabrać za wykańczanie, przystrajanie mieszkania, poznała Igora. W pracy, a jakże. Jego korporacja zgłosiła się do niej po projekt, długofalowy, bardzo obiecujący. Ich drogi się zetknęły i już jakoś tak nie chciały rozejść. Szybko doprowadziły do ślubu.

Znali się pół roku, krótko, ale co miała do stracenia, kochali się, było im dobrze, Igor pomagał jej urządzić mieszkanie. Jak się potem okazało urządził je pod siebie, a ona zauroczona wizją wspaniałej przyszłości na wszystko przystała. Było tak pięknie. Było, dopóki wszystko szło po jego myśli. Najmniejsze próby stawiania oporu, negocjacji kończyły się demonstracyjnym milczeniem i wychodzeniem. Ulegała mu wtedy, bo tak bardzo nie chciała, żeby ją zostawiał. Nie zwracała zresztą przez długi czas na to uwagi. Nawet jak zniknął prawie na tydzień po tym jak postanowiła jednak, wbrew jego zdecydowanemu protestowi, przegarnąć Nefryta. Odchodziła od zmysłów, wydzwaniała, pytała znajomych. Wszyscy jakby nabrali wody w usta. Już wtedy powinna była zrewidować swoje poglądy na te przyjaźnie. Wiele rzeczy powinna była wtedy dostrzec.

Kiedy się łaskawie pojawił w domu, powiedział tylko, że jasno dała mu do zrozumienia czyje to mieszkanie, więc nie czuł się mile widziany, a darmozjadem nie chce być. Ileż ona go za te słowa przepraszała. Pozwolił się przeprosić owszem, ale zażądał oddania kota. Nie zgodziła się. No i znowu były ciche dni. Karał ją z sadystyczną przyjemnością swoja oziębłością. Nawet się wyprowadził do „gabinetu”.

Westchnęła głęboko i boleśnie nad tymi wspomnieniami, nad swoją głupotą. Dała się omotać temu niby mężczyźnie jak małolata. Przez tyle czasu nie widziała jego wad, tego jak nią zgrabnie manipulował, jak grał na jej emocjach jak wprawny pianista na fortepianie.

Tej nocy też nie spała dobrze, więc rano się nawet nie zdziwiła gdy zobaczyła w lustrze przemęczoną twarz, z cieniami pod oczami i pogłębionymi zmarszczkami.

- No, szału nie ma… - Skwitowała i z kubkiem kawy usiała przed komputerem.

Na monitorze spoglądały na nią ogromne, zielone oczy Nefryta i przez chwilę trwała w odrętwieniu, wstrzymała oddech i czuła każde uderzenie serca. Trzecia doba… Rozpoczęła się trzecia doba.

Zacisnęła powieki i otworzywszy je, szybko włączyła przeglądarkę internetową, tylko, żeby nie torturować się wizerunkiem przyjaciela. Ale nie miała siły zmienić tapety, no nie miała jeszcze na to mocy. Taki podświadomy masochizm. Zawsze zaczynała pracę od sprawdzenia poczty elektronicznej. Myślała, że nie będzie się mogła w ogóle skupić na pracy, ale o dziwo, pomagała jej ona. Pozwalała odetchnąć od zamartwiania się.

- O proszę, moje agentki się odezwały… - Powiedziała do siebie, tak jak to robiła kiedy jeszcze kot jej w pracy towarzyszył drzemiąc na parapecie, lub fotelu.

Agentki to właścicielki firmy zajmującej się szeroko pojętą profesją detektywistyczną, a głównie na potwierdzaniu niewierności i łapaniu szantażystów. Dziewczyny zleciły jej założenie prawdziwej, takiej w pełni profesjonalnej strony oraz pozycjonowanie. To było niedługo po tym kiedy zaczęła już wszystkimi porami ciała czuć, że mąż ją zdradza. Spotkała się z nimi, i zaproponowała barter. Ona im postawi taką witrynę, że jeszcze nie widziano w tym wszechświecie i wypchnie na szczyt szczytów w wyszukiwarkach, w zamian chciałaby skorzystać z usług. Okazało się, że koszty są tak porównywalne obu usług, a do tego od razu zapałały do siebie sympatią i układ wszedł w życie.

Poradziły jej też sprawdzenie komputera i telefonu męża. Tak na wszelki wypadek, jakby potrzebowała dowodów do rozprawy. Jej małżonek, okazujący jej niemal jawną pogardę w ostatnich miesiącach, nie pomyślał ani razu o tym, że ona nie tylko „rysuje esy-floresy” ale jest też świetnym i biegłym informatykiem z jedną z najlepszych lokat na politechnice. No dla niej rozprawienie się zabezpieczeniami na sprzęcie męża to nie był problem. Nawet nie wiedział kiedy przeskanowała mu cały dysk, i wszystkie portale internetowe na których był zalogowany.

Pierwszej nocy była tak oszołomiona, że wypiła pól butelki wina. A nie piła niemal nigdy. To co znalazła przerosło ją. Czuła się splugawiona i zdeptana. Otrząśnięcie się zajęło jej cały weekend. Potem skopiowała wszystko co mogła i co uznała za istotne i czekała jeszcze na ciekawostki od dziewczyn z firmy detektywistycznej. A Justyna i Ada sprawiły się genialnie.

- Matko jakie to żałosne… - Mówiła, a one ją pocieszały.

- Nawet nie wiesz jak częste. I nie tylko faceci to robią.

- Nie chcę na razie znać statystyk.

Po takich relacjach, po tych mailach, rozmowach przez komunikatory, po zdjęciach i nawet filmie, bardzo wyraźnym, nie miała wątpliwości. Poszła do prawnika, a jakże, zaprzyjaźnionego, zadowolonego z jej usług informatycznych. Nie było żadnych przeszkód aby wystosować odpowiednie pismo.

Nie spodziewała się tylko takiego ataku na jej osobę ze strony nie tyle Igora, ile ich przyjaciół i jego rodziny. Dowiedziała się przy okazji na swój temat wielu tyleż ciekawych rzeczy, co kompletnie wyssanych z palca. Facet przez cały czas trwania ich małżeństwa przedstawiał ją w tak krzywym zwierciadle, że dziwiło ją, iż oni wszyscy wpuszczali ją do domów. Po takim czarnym PR jaki jej robił od dawna?

Najbardziej ją zaskoczyło to, że rozpowiadał jakoby to on ich utrzymywał, że ona dorabiała sobie na siebie i swojego wrednego sierściucha jakieś marne grosze. Że spłacał w pocie czoła kredyt na to małe mieszkanko, że nie chciała sprzedać żeby coś większego pod miastem postawić… jak robili to wszyscy szanujący się prominentni młodzi biznesmeni. No ale co ona mogła o tym wiedzieć…

Fakt, nie zgadzała się na sprzedaż mieszkania… teraz wiedziała czemu tak naciskał. Już zabawiał się koleżankami na prawo i lewo i chciał się zabezpieczyć. Mieszkanie było w pełni jej, nie widniał tam w papierach, nawet nie był zameldowany, bo wolał być zameldowany w ogromnym mieszkaniu babci, tak na wszelki wypadek.

A gdyby je zamienili na dom, to po ślubie byłaby to współwłasność i już zadbałby o to by mieć gdzie tyłek mościć. Właśnie wtedy zaczęło się mocno psuć. Przestał wracać na noc, ściemniał o wyjazdach, nie chciał z nią sypiać. Ale to ona była ta zła, która go z sypialni wywaliła i…

Zrobił z niej wariatkę. Wmawiał rodzinie i znajomym, że ona się leczy psychiatrycznie. Żeby nie brać na poważnie niczego co mówi bo ma urojenia i dla tego on z nią nie sypia, bo ma jakieś napady w nocy. W pierwszej chwili się oburzała i próbowała bronic, zaprzeczać. Wpadła nawet w krótkotrwałą depresję ale nie miała do tego tendencji, była z natury wojowniczką więc szybko ogarnęła emocje i z rosnąca fascynacją wysłuchiwała obelg na swoją niewdzięczność. A jego matka przodowała w tym molestowaniu zarzutami. Że jak ona śmie, że po tym wszystkim co oni, ONI dla niej zrobili. Że on przy niej trwał jak ona takie stany miała ciężkie, że płacił na lekarzy, na terapię, że nie uciekł do lepszej. Nie do młodszej, zdrowej tylko do lepszej.

Justyna i Ada powiedziały jej jedno.

- Ty się nie przejmuj, olej ich. Bo jak przyjdzie co do czego to faktury masz ty, sprawozdania podatkowe masz ty i jakby co to zaświadczenie od lekarza też dostajesz, bo jesteś normalna aż do znudzenia.

- Dokładnie. On łgał ze strachu, a teraz jak wyjdzie ile kto zarabiał, kto za co płacił to jeśli go ci przyjaciele nie wyśmieją to są równie zakłamani jak on i pal ich pies.

Tak, miała twarde dowody, zarówno na jego winę jak i na jego kłamstwa. To ją pocieszyło na tyle by z podniesioną głową stawiać się na rozprawie rozwodowej. I tam zrozumiała, że to nie ona była chora ale on. Bo który zdrowy na umyśle człowiek przed sądem łże tak bezmyślnie i bez zastanowienia. On musiał wierzyć w to co sam wymyślił, no musiał. Miał jakąś paranoję czy coś. Nawet jej prawnik był zaskoczony skalą tego procederu. Igor prawnika nie wynajął bo uznał, że mu nie potrzebny. Dla tego też jej reprezentant w todze zaorał go jak rolnik pole na wiosnę. Głęboko i z radością. Materiał dowodowy w postaci zdjęć, nagrań i dialogów pisanych był wystarczający, żeby zasądzić rozwód z jego ewidentnej winy. A jako wisienkę dostał postępowanie za składanie fałszywych zeznać. W niecałą godzinę skończyło się bajdurzenie o łożeniu na bezrobotną i niepoczytalną żonę. Z sali wychodziła w dumnie wyprostowanymi plecami i towarzyszącym mu „przyjaciołom” pogratulowała „tej zacnej znajomości.”

No, zatem jej mąż okazał się nie tyle łajdakiem ile bajkopisarzem z zaburzeniami i narcystycznym szantażystą manipulującym emocjami. Po zakończeniu sprawy rozwodowej, wywaleniu go z jej życia czuła się silna i wolna tylko przez kilka dni. Potem dopadła ją zmora większości kobiet, czyli deprecha po zerwaniu. Rodzące się głowie pytania, czemu to ją to spotkało, czemu była taka naiwna i ślepa. Czy już zawsze będzie sama? Cóż, formalnie to nie była sama, miała Nefryta.

Żałowała tylko, że uległa mu w kwestii utrzymania znajomości z kolegami ze studiów i przyjaciółką. Igor nie tolerował konkurencji, a do Baśki miał uraz, bo mu powiedziała na wstępie, że jest śliski. No, czyli go po prostu rozpracowała. Chciała nawet jakoś ostrzec Izę ale ta, kompletnie zaślepiona zadurzeniem, nie chciała słuchać, a nawet zasugerowała zirytowana, że przyjaciółka jest zazdrosna o jej szczęście. Jako, że obie miały charakterki, to się pokłóciły, trzasnęły drzwi i tyle ze znajomości. Potem Baśka wyleciała do Anglii za jakimś swoim nowym gachem.

Teraz, po rozwodzie Iza została sama. Rodzicom przekazała tylko informacje o fakcie zakończenia jej małżeństwa i nie wdawała się w szczegóły. A teraz dziewczyny z agencji napisały do niej, okazując troskę o samopoczucie po całej akcji. Czuła do nich wdzięczność i niejakie wzruszenie na myśl o tym, że jeszcze ktoś poza jej rodzicami wykazuje zainteresowanie jej stanem ducha. Nawet miała ochotę napisać, że właśnie straciła Nefryta i zapytać czy coś radzą w poszukiwaniach ale w ostatniej chwili zrezygnowała. Odpowiedziała dość enigmatycznie i miło.

Dopiła ciepłą kawę i zamierzała włączyć program edytorski kiedy rozległ się dzwonek do drzwi. Nie spodziewała się nikogo, ani kuriera, ani tym bardziej kogoś znajomego. Bo nie miała tutaj znajomych.

A może… Zerwała się z krzesła i obiegła do drzwi. Może ktoś coś wie o Nefrycie.



Adam nie mógł sobie znaleźć miejsca w domu. Chodził od kuchni do pokoju po swoim maleńkim mieszkanku na poddaszu szeregówki i próbowała zebrać myśli. Cały czas uparcie siedział mu w głowie obraz zapłakanej właścicielki rudo- białego kota.

- No czemu się to mnie tak uczepiło? - Nie rozumiał swojego zaskakującego stanu. Był kompletnie wytrącony z równowagi.

Po godzinie spacerowania po panelach, doszedł do wniosku, że nie odpocznie w ten sposób, że coś musi zrobić. Sięgnął po telefon i zadzwonił do szwagra.

- Cześć Jurek, czy Tajga i Tundra potrafiły by coś wytropić? - Zapytał bez wstępów.

Cisza jak mu odpowiedziała po drugiej stronie była wymowna.

- Czy ty mnie pytasz, czy moje psy tropiące umieją tropić? Piłeś stary? - Odezwał się w końcu opiekun Tajgi i Tundry.

Adam się nieco skonsternował. Mąż jego siostry był strażnikiem leśnym i fascynatem historii polskiej, a w szczególności historii związanej z myślistwem szeroko pojętym. Sam nie był myśliwym, bo nie podobała mu się współczesna forma tego zajęcia. Zakochany był za to w polskich psach myśliwskich i posiadał dwie rodowodowe syczki rasy gończy Polski. O tych właśnie suczkach myślał Adam dzwoniąc do Jurka.

- No ja się domyślam, że Twoje psy dobrze tropią, ale czy ty je szkoliłeś do szukania.

- A co zgubiliście jakieś truchło? Nie macie psa na stanie.

- Nie. No nie mamy ale tu nie o to chodzi, to sprawa prywatna.

- A, jak prywatna to wpadaj. Koniaczek mam dobry.

Obgadali przy koniaczku sprawę zaginionego Nefryta. A następnego dnia rano zawitali do właścicielki. O adres się nie martwili, był na ogłoszeniu. Otworzyła drzwi bardzo gwałtownie i spojrzała na niego oczami pełnymi nadziei. A te oczy… dwa płonące bursztyny. Dziś były mniej zmęczone, ale widać, że nie dosypiała. Przez chwilę wpatrywali się w siebie wzajemnie puki nie wyrwał ich z tego impasu odgłos chrząkania.

- Dzień dobry – Przywitał się Adam – Aspirant Adam Zawadzki, a to…

- Czy macie jakieś wiadomości o moim kocie? - Nie dała mu skończyć.

- Na prawdę uważa pani, że policja przyjdzie do pani w sprawie kota? - Nie mógł się powstrzymać od sarkazmu Jurek.

Zmitygowała się mocno i bardzo posmutniała.

- Przepraszam za mojego szwagra.

- Czyli nic… - Szepnęła, a Adamowi się serce ścisnęło. - Co się zatem stało, że mnie panowie odwiedzają? Zamierzacie kontynuować kpiny z mojej tragedii…

- Nie. Przyszliśmy w sprawie tego kotka. Mam pewien pomysł.

- Nie rozumiem. To w końcu o co chodzi?

- Mój przyjaciel bardzo się przejął zaginionym kiciusiem i wpadł na pomysł, że moje suki mogą pomóc w jego odnalezieniu. - Ponownie odezwał się Jurek.

- Suki?

- Tak. Tundra i Tajga, dwie najlepsze w Polsce tropiące suki gończego polskiego.

Wyglądała jakby nie do końca rozumiała o czym on mówi. Adam postanowił wyjaśnić to.

- Cichlibyśmy spróbować za pomocą psów tropiących mojego szwagra poszukać kota.

Teraz kiwnęła głową z niejakim zrozumieniem.

- Potrzebujemy czegoś o zapachu kota. Żeby złapały trop.

- Jasne. - Nie zastanawiała się nad racjonalnością całej ten sytuacji, pobiegła do sypialni po kocyk wyścielający koszyk kota. Przyniosła go i podała właścicielowi psów.

- Dobra, to gdzie pani proponuje szukać tropu na początek?

- Tam, w rododendrony uciekł jak kurier przyszedł i pies sąsiadki zaczął ujadać.

Jurek poszedł z kocem do samochodu, gdzie cierpliwie siedziały suczki. Adam w tym czasie obserwował kątem oka właścicielkę, Izę jak mówiło ogłoszenie.

- Musi być pani bardzo zżyta z tym kotem – Zagaił obserwując teraz poczynania Jurka.

- Tak, bardzo. - Odparła również wpatrując się w psy.

- Mają trop, idę za nimi, jak coś znajdę to…

- Ja z panem muszę, jak on się wystraszy?

- To i tak go znajdą! Będzie nam pani zawadzać, z całym szacunkiem.

- Ale… - Już jej nie słuchał tylko za sukami pobiegł.

Popatrzyła nieco bezradnie na aspiranta i nieco wbrew sobie zaproponowała kawę.

Czuł, że robi to z uprzejmości ale nie odmówił. Zaprosiła go do kuchni. Włączyła w pełni zautomatyzowany ekspres i zapytała tylko, jaka by chciał.

- A czy one po trzech dobach na pewno złapały właściwy trop?

- To dobre psy myśliwskie, mają jeden z najczulszych zmysłów węchu na świecie. Są w stanie złapać trop po deszczu i kilku dniach. Jeśli jest wyraźny, a kot, zwłaszcza przestraszony, zostawia dość wyraźny zapach dla psa.

Przygotowała kawę i postawiła przed nim parujący kubek.

- A jeśli mogę zapytać, czemu się panowie…

- Nie zajmujemy się oficjalnie, niestety to nie nie należy do zadań policji.

- Tak, pański kolega bardzo jasno mi to wytłumaczył. - Skrzywiła się.

- Przepraszam za niego, to dość nieokrzesany typ. - Wyjaśnił zmieszany. - Jestem tu prywatnie, bo chciałbym naprawdę znaleźć tego kota.

- Ale czemu?

- A pani nie chciałaby pomóc mi znaleźć na przykład zagubionego psa, gdybym potrzebował tej pomocy?

Udawała, że się zastanawia, a tymczasem przyjrzała mu się. Chyba był nieco starszy od niej, ale jeśli już to niewiele. Miał miłe i takie dobroduszne oblicze, kojarzył jej się z nieco nierozgarniętym naukowcem, tylko brakowało drucianych okularów. Nie pasował jej na policjanta, nie miała ostatnio o nich najlepszego zdania.

- Bardzo dobra kawa, jeszcze tak pysznej nie piłem. - Pochwalił napój szczerze i z serca. - To pewnie dzięki tej maszynie.

- Tak, prezent ślubny od rodziców. - Odparła.

Nie wiedział czemu ale ta krótka informacja zakuła go. Odwrócił wzrok.

- Ale ten pierwszy się popsuł więc z okazji rozwodu kupiłam sobie taki sam, bo lubię dobra kawę.

Jakby się nieco rozchmurzył. I wyjął z ust biały włos.

- Przepraszam. To Nefrytowy. Powinnam uprzedzić, że u mnie kawa zawsze z kocim włosem – Dodała z bardzo smutnym uśmiechem.

- Przepyszna. A kota na pewno dziewczyny znajdą. To zdobywczynie jakichś medali w tropieniu, Jurek ma na ich punkcie kompletnego świra. Jak się go wczoraj pytałem czy Tajga i tundra umieją coś wytropić to się na mnie obraził. - Próbowała ją rozweselić.

- Nie wątpię w ich umiejętności, tylko czy znajdą go żywego.

Na to nie miał odpowiedzi. Przestraszył się myśli o tym w jakim stanie Tajga i Tundra znajdą Nefryta. Marzyło mu się, że znajdą gdzieś przestraszonego pączka i przyniosą stęsknionej właścicielce.

- Ale chyba wolałabym już taki scenariusz niż nieświadomość. - Powiedziała do kubka z kawą.

Był w stanie ją zrozumieć. Zdążały się w okolicy zaginięcia czy ucieczki i wielokrotnie słyszał o tym jak rodziny po miesiącach czy nawet latach życia w stresie i napięciu pękały i mówiły, że chciały jakąkolwiek, nawet tę najgorszą wiadomość dostać, ale dostać.

Nie minęło pół godziny jak zadzwonił telefon Adama.

- To Jurek. - Powiedział do Izy i odebrał.

- Adam… mamy mały problem. - Poinformował go szwagier, a w tle słychać było ujadanie kilku psów.

- Co się stało?

- Wiesz gdzie jest gospodarstwo Maćkowiaka?

- Wiem.

- To przyjeżdżaj! ino szybciej!

Adam spojrzał na kobietę, która miała teraz tak szeroko otwarte oczy, że wyglądało to niemal nienaturalnie. Zdał sobie też w tej chwili sprawę, że nie ma tu samochodu bo przyjechali Jurkowym Jeepem, a kluczyki chyba zabrał ze sobą.

- Ma pani auto?

- Mam.

- To zapraszam na wycieczkę.

- Coś wiadomo?

- Okaże się na miejscu.

Równocześnie wstali od stołu. Adam skierował się do wyjścia, a Iza łapiąc kurtkę i zakładając nerwowo buty do garażu. Po chwili wyjechała małym samochodem w kolorze krwistej czerwieni. Adam rzadko widywał mniejsze auta. Widać było, że Iza przybyła z miasta. Ale nie narzekał, do Maćkowiaka prowadziła prawie normalna droga, to się ta poziomka na kółkach nie powinna nigdzie zawiesić. Wsiedli i poprowadził ją na miejsce docelowe.

Kiedy tylko dojechali pod wielką stodołę, gdzie widzieli Jurka, zorientowali się, że sytuacja jest co najmniej skomplikowana i napięta. Kilka metrów od strażnika leśnego stał stary Maćkowiak z flintą i groził, że wystrzela wszystko co tu lata, a zacznie od tych ujadających kundli. Fakt, że stał jeszcze o własnych siłach z nieuszkodzonymi zębami po tym jak nazwał suki Jurka „ujadającymi kundlami” wynikał jedynie z tego, że był uzbrojony. Ale inwektyw sobie nie odmówił właściciel nagradzanych tropicielek.

Iza się zmieszała widząc starego chłopa w gumofilcach ze strzelbą chyba jeszcze z czasów wojny, z wielkim nosem i wąsami jak u Piłsudskiego. A do tego z wieloma ubytkami w zębach i petem między wargami.

- Zabieraj się pan z tymi pchlarzami bo wystrzelam! To teren prywatny!

- Proszę się uspokoić, panie Maćkowiak! - Próbował go przekrzyczeć Adam.

- A ty coś za jeden?

- Aspirant Adam Zawadzki…

- Pies?

- Policjant. Proszę odłożyć broń. Chcemy tylko znaleźć kota.

Maćkowiak chciał chyba obrazić policjanta ale na informacje o kocie jakby się rozmyślił. Tak przynajmniej odebrała to Iza.

- Kota?

Wystrzeliła w stronę staruszka, chociaż to miano do niego pasowało jak to tej scenerii baletki.

- Widział pan tu kota, biały w rude laty, gruby? - Niemal się uwiesiła na nim.

- Ano kręciło się takie cuś, ale kundel go chyba pogonił. Ten o! - Wskazał na psa, który stał agresywnie w kontrze do suk Jurka.

Popatrzyła tam. Pies był wielki, chudy, brudny i wyglądał jakby czegoś przed tropicielkami bronił. Czegoś co znajdowało się sporej jamie w starym stogu siana. Myśl która jej się zrodziła była tak irracjonalna, że samą ją śmieszyła ale przy okazji tak silny szedł za nią impuls, że nie mogła go zignorować.

- Niech pan zawoła psa. - Poprosiła.

- Ale kiedy to nie mój pies, przybłąkał się jakiś czas temu i wykrada jedzenie moim.

Popatrzyła na gospodarza, potem na Jurka i w końcu na Adama. Pewnie mieli ją za wariatkę ale nie miało to znaczenia.

- Proszę odwołać Tajgę i Tundrę. - Zwróciła się do właściciela suk. - Muszę sprawdzić co jest w tej dziurze.

Jurek gwizdnął na swoje ukochane medalistki i nakazał im warować przy jego nogach. Adam podszedł do niej i zapytał:

- Sądzisz, że twój kot może być w tej norze? Wybacz, ale szczerze wątpię.

- Jak ominąć psa? - Tylko to w tej chwili interesowało.

- Mogę go zastrzelić, kurę mi zadusił. - Zaproponował chłop i wymierzył do kundla.

- Nie! Co pan, zwariował?! - Oburzyła się. - Mam lepszy pomysł.

Wróciła do samochodu i z bagażnika wyjęła reklamówkę z workiem suchej kociej karmy. Wzięła garść chrupek śmierdzących rybą i rzucił w stronę psa. Tak jak myśleli, zwierzę od razu zaczęło wybierać chrupki spomiędzy suchej trawy i resztek chwastów.

- Wożę ze sobą karmę by czasem podkarmić jakieś bezpańskie zwierzątko.

- Na tego to może pani nie wystarczyć. - Zakpił gospodarz, ale widać było, że sam jest ciekaw co będzie dalej.

- Możesz mi pomóc? - Zwróciła się do Adama wyciągając do niego karmę.

- Odciągnę go, ale uważaj, jeśli to suka i ma młode to może cię zaatakować.

- Wtedy go ubiję! - Zapewnił Maćkowiak machając flintą.

- No, niech pan tak nie wywija tą strzelbą, bo się może komuś krzywda stać!

Głodnego psa dość łatwo dało się jedzeniem odciągnąć za stóg i jak tylko zniknął Izie z oczu, zanurkowała do dziury. Ledwo się zmieściła, a i tak nie pomyślała o tym, że może potrzebować światła i musiała się cofnąć by sięgnąć po telefon do kieszeni. Kiedy zanurzyła się w sianie po raz drugi, uzbrojona w latarkę z telefonu, usłyszeli tylko jak krzyczy coś z środka. Zerwali się do niej wszyscy trzej.

Ale ona zapłakana wypełzała z nory trzymając w ramionach grubego i niemiłosiernie brudnego kota.

- Jest… - Płakała i tuliła go ignorując błoto i bród. - Nefryt. Znalazł się. Dziękuję. Dziękuję. Znalazł się mój ukochany Nefi. - Klęczała przed stogiem starego siana i płakała tuląc do siebie przestraszonego kocura. - Mój pączuś…

- A to heca, to ten sam co go ten kundel gonił. - Maćkowiak podrapał się pod kaszkietem i wypluł peta.

Kundel jakby usłyszał, że o nim mowa przybiegł i zaskoczony patrzył na kobietę która trzymała na rękach jego skarb. Podszedł ostrożnie do nich węsząc i po chwili ułożył się na brzuchu i zaczął czołgać się popiskując.

- Coś mi się widzi, że to suka i przysposobiła sobie tego łatka jako szczeniaka. - Zawyrokował Jurek. Znał się na psach, zwłaszcza sukach.

Iza nadal płakała ze szczęścia, Nefryt poznawszy już ją, ocierał się o policzek i brodę.

- Czyli zguba się odnalazła? - Upewnił się Adam.

- Tak, dziękuję bardzo, nie wiem jak ja się wam odwdzięczę. - Wstała nieporadnie. Nadal ściskała kocura żeby jej nigdzie nie uciekł. - Panie Jurku, należy się panu nagroda. Proszę jutro podjechać, to będę miała…

- A proszę przestać. Gdyby nie Adam to bym nawet nie wiedział, że ktoś szuka kota. - Machnął ręką zmieszany.

- Panie Adamie?

- Na mnie proszę nie patrzeć, nie zrobiłem tego dla pieniędzy.

Zaskoczona spoglądała to na jednego to na drugiego i w końcu odwróciła się do Maćkowiaka. A ten jakby czekał.

- Pani weźmie i nakarmi dobrze tego kundla. Bo mi co prawda kurę zadusił ale to on się chyba tym kotem zaopiekował, bo resztki kury to przy sianie jeszcze widać. - wskazał miejsce gdzie Iza tak chętnie czołgała się i faktycznie, widać tam było nieco pierza i nieokreślone elementy drobiu.

Skrzywiła się na myśl, że coś z tego może być na jej ubraniu, ale po chwili wzruszyła ramionami. To nie ważne, odzyskała Nefryta, reszta jest nieistotna. Popatrzyła też na psa. Siedział na zadzie i gapił się w kota.

- No cóż, w sumie to mogę się tobą przez jakiś czas zająć. A potem znajdę Ci dom. - Powiedziała do kundla. - A panu oddam za kurę. Albo dwie.

- A jajek pani nie chce? Bo mam dobre. Kupi pani ode mnie zamiast z marketu i będziem kwita.

- Dobra. Ale nie ma przy sobie portfela, spieszyliśmy się, juro podjadę i tak muszę zdjąć ogłoszenia. - Ukłoniła się ruszyła do samochodu.

Adam odmówił podwózki.

- Przejdę się z Jurkiem.

Iza obejrzała się na psa. Patrzył pytająco jak idzie do samochodu. Przed pojazdem zatrzymała się, otworzyła drzwi i po chwili zastanowienia zawołała od niechcenia:

- No chodź!

Gwałtowność z jaką kundel wystartował zaskoczyła ją. Nawet ułamka sekundy nie zawahał się przed wskoczeniem na tylne siedzenie. Jakby codziennie to robił.

- Tak jak myślałem. - Odezwał się Jurek do szwagra. - Pewnie z samochodu wyrzucona.

Odprowadzili Izę i jej dwóch futrzanych pasażerów wzrokiem, po czym pożegnawszy zapalczywego gospodarza ruszyli piechotą w stronę osiedla gdzie zostawili samochód. Tego dnia Adam już nie zobaczył Izy. Cieszył się, że Nefryt bezpiecznie wrócił do swojej pani i nie umknęło jego uwadze to, że nazwała go tak jak on robił to w myślach. Pączuś…

- No to bohaterze, zadowolony, że uratowałeś swoją księżniczkę? - Zażartował Jurek.

- Ale o co ci chodzi?

- A o to, że gapisz się na nią jak ciele w malowane wrota i tyle.

- Wcale się nie gapię.

- Jasne…

- No, może trochę. - Zmieszał się.

- I bardzo dobrze, fajna babka, tylko nieco stuknięta, ale ja moje dziewczynki też tak kocham. - Zaśmiał się radośnie do suczek.

Iza w domu miała nie lada kłopot. Siedziała na zamkniętym sedesie i patrzyła na dwa okrutnie brudne stworzenia. O ile wierzyła, że Nefryta doprowadzi do porządku bez większego problemu, to pies stanowił wyzwanie. Po pierwsze to był wielki i nie wiedziała czy będzie chciał współpracować, czy nie okaże agresji… Ale tak śmierdział. A do domu wparował nim się zdążyła zorientować. No nic, wytarła kota mokrym ręcznikiem i pozwoliła by resztę sam dokończył. Stanęła przy dość wiekowej wannie ciotki. I tak planowała wyremontować łazienkę i kuchnię.

O dobrych relacjach między psem i kotem upewniła się podczas jazdy, kiedy to Nefryt z przedniego siedzenia przeszedł na tylne, a pies zaczął go wylizywać i myć jak swojego szczeniaka. Przekonała się, że spostrzeżenia Jurka były trafne gdy zobaczyła jakie kundel ma sutki. Tak jak mówił strażnik leśny, to była suka, i chyba miała ciążę urojoną, a Nefryt był jej przysposobionym dzieckiem. To by wiele wyjaśniało.

- Przynajmniej miałeś ciepło kochanie moje – Szeptała do kocura wycierając go z błota ręcznikiem moczonym w ciepłej wodzie.

- Dobra mamuśka! - Zwróciła się do suki. - Wskakuj do wanny.

Ale pies nie chciał.

- No weź. Śmierdzisz. Chcesz iść do garażu?

Suka spuściła łeb i po chwili nieszczerego kajania się podeszła do Nefryta wylizującego resztki brudu i wilgoci. Siadła za nim i zaczęła mu pomagać.

- No skoro tak pogrywasz… - Iza złapała swojego pączusia i wsadziła go do wanny.

Nie był zachwycony, co okazał przeciągłym miauknięciem. Nie minęła sekunda jak w wannie pojawiła się zaniepokojona suka i zaczęła obwąchiwać i nerwowo lizać kota. Nefryt zdecydował ewakuować się z wanny, a suka nie zdążyła, bo Iza złapała ją za sierść na grzbiecie. W pierwszej chwili przestraszyła się, że zostanie ugryziona, ale widząc spłoszone i pokorne spojrzenie zwierzęcia uspokoiła się. Próbowała to samo zrobić z psem, uspokoić go. Przemawiała cicho jak do dziecka i w tym samym czasie odkręciła ciepłą wodę w prysznicu.

Suka z zaskakującym spokojem, a nawet rezygnacją przyjęła zabieg płukania.

- Dobry piesek. Tak… grzeczny piesek. - Przemawiała polewając ją obficie ciepłą wodą i drapiąc po skórze, co najwidoczniej sprawiało jej przyjemność.

Po wykąpaniu i poświęceniu dwóch największych ręczników na wytarcie skołtunionej sierści stwierdziła, że jak już jest w wannie i jest kompletnie mokra, to sama teZ weźmie szybki prysznic.

A następnie nakarmi całą ekipę ze sobą włącznie. I nie zaszkodzi jeszcze jedna mała kawa. Z kocim kłakiem oczywiście. W kuchni przejrzała lodówkę w poszukiwaniu czegoś co mogłaby dać psu wielkości małego konia i nie znalazła tam nic co uznałaby za zdrowe. Jedynie porcja rosołowa się nadawała. Wyjęła ją i podała psu, który złapał resztki kury i niemal połknął.

- Powoli, bo sobie zaszkodzisz… przynajmniej piór nie ma, co?

Nefrytowi nałożyła jego karmę na miseczkę i dla bezpieczeństwa podała na parapecie. Kot też był wygłodniały.

- Ty też zwolnij bo zwymiotujesz… chociaż są tu tacy co by się z tego ucieszyli, fuj… - Pomyślała o suce, która wyglądała jakby mogła zjeść wszystko. - A jajka lubisz?

Rozbiła jedno jajko na talerz i ono też znikło w ułamku sekundy. Kiwnęła głową z uznaniem na sprawność pochłaniania jedzenia i sprawdziła ile ma jajek. Jeszcze sześć zostało – będzie na kolację, maleńka. Do tego dodam ci ryżu i poświęcę coś z nefrytowych przysmaków. A rano…

- Co ja mam z Tobą zrobić? - Spojrzała na psa, potem na kota. - Jak ja się cieszę, że cię odzyskałam Nefi. - Przytuliła policzek do futerka kocura. Poczuła też szturchnięcie mokrym nosem w dłoń. - Dzięki, maleńka, uratowałaś mojego księciunia. Dobra psina z ciebie.

Pijąc kawę miała okazję obserwować wzajemne stosunki zwierząt. Suka chodziła krok w krok za kotem. Do tego stopnia, że Nefryt miał czasem tego dość i wymierzał jej ostrzegawcze pacnięcia w nos. Zauważyła jednak, ze są one bez pazurów i miały za zadanie zaznaczyć kocią strefę osobistą.

Będzie trzeba jutro po pierwsze iść do weterynarza z nimi, a potem kupić jedzenie dla tego cielęcia. Przecież kocimi saszetkami nie będę karmić psa tych rozmiarów… A może jeszcze dziś do weta wstąpić, tak lepiej.

Weterynarza już znała bo jako odpowiedzialna właścicielka kota, pierwsze co, to odwiedziła go jak tylko sprowadziła się do nowego miejsca. Zaprowadziła więc sukę na pasku od szlafroka, bo nic innego co mogłoby posłużyć jej za smycz nie miała. Nefryta zapakowała do kontenerka. I kiedy postawiła go na podjeździe żeby zamknąć dom, upierdliwy kundel sąsiadów, ewidentnie mający coś do kocura, znów rozszczekał się jak szalony. Tym razem się przeliczył. Bo okazało się, że Nefryt ma niezłego obrońcę. Suka uznawszy, że kundel, niewiele większy od kota, którego obszczekuje zza płotu jest śmiertelnym zagrożeniem dla jej kociego dziecka i wyrwała pod ogrodzenie.

W swój psi sposób, prezentując garnitur uzębienia wyjaśniła sąsiadowi jak niewłaściwe jest jego zachowanie, na co ten piszcząc uciekł.

- No ładnie – Mruknęła Iza – Tylko mi brakuje tego by mnie sąsiedzi znienawidzili. Chociaż należało się ujadaczowi.

Złapała pasek od szlafroka, sięgnęła po kontener, sprawdzając czy jest na pewno dobrze zamknięty i ruszyła na równoległą ulicę do gabinetu weterynaryjnego.

Przechodząc przy głównej ulicy miasteczka, zobaczył między drzewami dach okrutnie starego budynku gdzie mieścił się posterunek policji i uśmiechnęła się do siebie. Pomyślała, że jakoś jednak odwdzięczy się temu aspirantowi.



- O, widzę, że kotek się odnalazł. - Przywitał ją jowialnie doktor Wojciech. - Ciesze się, to zawsze miło, jak się takie historie kończą happyendem. Ale widzę, że nie tylko kotek się znalazł. - Dodał na widok suki.

- No tak jakoś wyszło.

- Rodziła.

- Nie, to ciąża urojona, Nefryta przygarnęła…

- Kto pani takich bzdur nagadał, co ja się na ciężarnych psach nie znam… - Zbył jej tłumaczenia i zaczął dokładnie oglądać pacjentkę. - Ona niedawno rodziła, mleko ma, widać jak na dłoni…

Iza wyglądał jakby ją grom z nieba raził.

- Ale ja nie wiem gdzie mogą być szczeniaki...

- To skąd ją pani wzięła?

- Od – Szukała nazwiska rolnika z flintą… - Taki rolnik, ona tam mojego kota miała z dziurze w sianie… A jak tam były jeszcze szczeniaki? Nie wiedziałam, ale skupiłam się na kocie.

- Mówi pani, że ona się kotem zajęła… Ciekawe…

Weterynarz zalecił odżywić psa, podał środek na pchły, suplementy dla karmiących suk i poradził by wrócić z nią do tego rolnika to może sama znajdzie szczeniaki. Iza przyznała mu rację, kupiła jeszcze smycz oraz obrożę i umówili się na wizytę za kilka dni. Nefrytowi trzydniowa wyprawa w świat nie nadwyrężyła zdrowia. Został odrobaczony. I wrócił do domu zadowolony, że już może iść spać. Iza zostawił w domu kota, worek karmy dla suki i zabrała ją znów do samochodu.

- Jedziemy mamuśka szukać Twoich dzieci.

Kiedy podjechała pod gospodarstwo Maćkowiaka, ten kręcił się koło starego traktora, ponownie z papierosem między nielicznymi zębami. Jak zobaczył charakterystyczne czerwone auto, podszedł do płotu. A kiedy wysiadła z psem od razu krzyknął:

- Nawet niech Pani nie próbuje mi tego psa podrzucić bo zastrzelę!

- Ale mnie czy psa chce pan zastrzelić?

- Nie, no co pani, psa przecież, panią za co? - Zmitygował się.

- A psa za co?

- Kury mi dusił, nie potrzeba mi trzeciego.

- Słyszałam, ze jedną kurę i nie zamierzam panu psa oddawać. Jest tylko mały problem i myślę, że może mi pan pomóc.

- To pani nie chcę się psa pozbyć?

- Przecież mówię, że nie, Panie Maćkowiak, co pan z tym strzelaniem, poza tym, co?

- A tak jakoś… - Podrapał się pod kaszkietem, wypluł peta i chrząknął. - to co to za problem?

- Ona podobno ma szczeniaki?

- A to możliwe…

Suka węszyła w powietrzu i po chwili zaczęła ciągnąć Izę w kierunku stogu siana.

Kobieta posłusznie poszła za psem. A Maćkowiak za nimi, wiedziony ciekawością.

- Jajek pni nie chce? Dobre mam.

- Chcę. - Odparła skupiając się na poczynaniach psa.

- To wy szukajcie, a ja przyniosę jajka.

- Dobrze. - Odetchnęła nieco. Chłop był co najmniej nietypowy. I co on miał z tym strzelaniem.

Suka próbowała się wczołgać do dziury w sianie, ale Iza ją powstrzymała. Zamierzała sama tam wejść i wyjąć ewentualne szczeniaki. Ale żeby to bezpiecznie zrobić to najpierw musiała przywiązać psa do słupa w ogrodzeniu. Nie miała jeszcze tak dużego zaufania do znajdy.

- Ja ci jakieś imię muszę wymyślić – Mówiła wiążąc smycz. W tym też czasie przy jej autku zaparkował radiowóz. Zatrzymała na nim wzrok bo za kierownicą siedział Adam. Co się mogło stać, że przyjechali? Adam nie był sam, towarzyszył mu jeszcze jeden funkcjonariusz.

- Panie Maćkowiak, pozwoli pan! - Zawołał towarzysz Adama i podszedł do furtki.

Adam spostrzegł Izę i kiwnął jej głową z lekkim uśmiechem. Też się nie spodziewał ponownego spotkania tego dnia. Tym razem był służbowo.

- O co chodzi? - Zapytał Maćkowiak podejrzliwie. - Czego chceta?

- Panie Maćkowiak! Zgłoszenie dostaliśmy, że pan bronią groził. Musimy porozmawiać. Co ma pan nam do powiedzenia?

- A może się i zdarzyło, że pomachałem tak dla postrachu… ale nie nabita była. - Widocznie zmieszany, ale nie tracący twarzy rolnik podszedł do furtki.

- Pokaże pan tę dubeltówkę, co?

- Ano pokażę, tylko nie zabierajcie, bo to pamiątka jest, po ojcu się ostała jeszcze. No i dla tego nie nabita, naboi nie mam.

Policjant uniósł wysoko brwi i poszedł za Maćkowiakiem do stodoły.

Adam skorzystał i zagaił do Izy.

- Co tu robisz? A psem? Chyba nie chcesz mu jej zostawić?

- Nie! - oburzyła się. - Co ty. Jest afera, bo ona ma szczeniaki i sądzę, że w tej dziurze i zamierzam je zabrać. - Wyjaśniła mu co powiedział weterynarz. - Pomożesz mi?

- Jasne, puki jestem… ale co mam robić?

- Ja włażę do dziury, ty pilnuj, żeby się nie zerwała i jak coś to odbierz ode mnie maluchy.

- No to do dzieła.

Iza zanurkowała do dziury z włączoną latarką w telefonie. Za sobą słyszała szczekanie suki. Długo nie musiała szukać, zresztą usłyszała bardzo ciche kwilenie i zobaczyła dwa ciemne, obłe kształty wiercące się jak robaki.

- Mam dwa! - Krzyknęła.

- Dawaj, mamuśka wariuje.

Iza wygramoliła się z pierwszym szczeniakiem i podała go Adamowi, który zaraz zaniósł go do matki. Wróciła po kolejnego i też przekazała policjantowi. Za trzecim nawrotem spotkało ją ogromne rozczarowanie. W pewnym oddaleniu leżał jeszcze jeden kształt. Mniejszy. Nie ruszał się, nie wydawał dźwięków, był zimny. Wzięła go w dłoń i już wiedziała, że ten klusek jest martwy. Oczy zaszkliły jej się z żalu. Schowała telefon i wyczołgała się z nory w sianie.

Stanęła naprzeciw wyczekującego na kolejnego psiaka Adama.

- Ten nie doczekał mamy… - Chlipnęła i po chwili rozpłakała się.

Adam nie wiedział co zrobić. W pierwszym odruchu chciał przytulić tę rozczulającą kobietę z fragmentami siana we włosach i martwym szczeniakiem w dłoniach. Ale był na służbie, obowiązywał go pewien standard zachowania.

- Co się dzieje? - Doszedł ich głos drugiego funkcjonariusza, który skończył przesłuchanie Maćkowiaka.

- O widzę, że znalazły się szczeniaki… - Dodał sam przesłuchiwany.

- Jeden nie przeżył – Jęknęła przez łzy Iza – Mogłam nie zabierać suki, zabrać tylko Nefryta. Wtedy by nie zmarzły, miałyby jedzenie…

Kolega Adama posłał mu nieme pytanie wzrokiem.

- To nie jest Twoja wina.

- Oczywiście, że nie, przecież widać, ze ten ma nie tego, no, wodę w głowie…

Maćkowiak wyjął truchełko z jej dłoni i obejrzał.

- Psiak urodził się martwy, pani spojrzy – Pokazał dziwnie nieforemną głowę maleństwa. - Po pierwsze to jest o wiele mniejszy od tych co tam piją u matki. Po drugie, to nie jest, no... normalny.

- Czyli to nie moja wina? - Spojrzała na mężczyzn z nadzieją.

- Ja nie wiem o co tu się rozchodzi – Odezwał się kolega po fachu Adama – Ale zgodzę się z Maćkowiakiem, że ten szczeniak jest niedorozwinięty i albo urodził się martwy albo padł zaraz po porodzie.

- Też tak uważam, a ty uratowałaś i matkę i te dwa maluchy.

- No, to jak już wszystko wyjaśnione to my wracamy na komisariat.



Tydzień później



Iza od tygodnia prowadziła tak radosne i szalone życie jak chyba nigdy wcześniej. Zleceń miała całą masę w tym jedno tak intratne, że już oczami wyobraźni widziała remont całego domu. I nowy płot. Tak nowy płot był potrzebny, taki, że żaden pies nie będzie przez niego szczekała na jej Nefryta i sam Nefryt nie wyjdzie z ogrodu jakby się z domu wydostał.

Do tego odnowiła znajomość z Basią. Poszło wyjątkowo łatwo, głównie dla tego, że obie za sobą tęskniły i nie chowały urazy.

Opisała całą historię ze zniknięciem kocura i znalezieniem szczennej Suki, którą nazwała Kora i akcję ratowniczą szczeniaków – Gałązki i Badylka – dziewczynom z agencji detektywistycznej.

Kora mieszkała u niej, początkowo w garażu, a potem w domu bo Nefryt często chodził do rodzinki i Iza zaczęła się obawiać, że będzie im zimno. Doszła do wniosku, że to okrutne trzymać matkę z młodymi w garażu. Nawet zastanawiała się skąd jej się ten pomysł wziął i przypomniała sobie gadanie ciotki, że zwierzęta w domu brudzą. Czyli jej energia nadal w tym domu była i dobę zajęło Izie wyrwanie się z tego przekonania o brudzeniu przez zwierzęta.

Kora ze szczeniakami dostała legowisko w kuchni pod stołem bo tam jej było chyba najlepiej, zaniosła tam małe po wejściu do domu i próbowała ułożyć po swojemu dywanik. Dla tego też Iza zakupiła jej wielkie, ciepłe legowisko i dała dwa stare koce. Kora umościła tam prawdziwe gniazdo i doglądała maluchów z troską najczulszej matki.

A najtroskliwszą matką okazał się Nefryt, który niemal nie odstępował maluchów. A już na pewno gdy usłyszał, że Kora się przemieszcza. Budził się z najgłębszego snu i biegł do szczeniaków jakby się bal, że zmarzną.

Iza patrzyła na tę swoją nietypową rodzinę popijając kawę z wielkiego kubka i wyciągając z ust długaśnego psiego włosa śmiała się do siebie.

- Jeszcze tydzień temu zastanawiałam się co ja z tobą pocznę sierściuchu, i tymi twoimi kluskami… A teraz nie wyobrażam sobie, że was nie ma tu ze mną.

Kora spoglądała na nią jakby rozumiejąc gdy nagle nastawiła uszu i spojrzała w stronę wejścia, a po sekundzie rozległ się dźwięk dzwonka. Kobieta uniosła brwi w uznaniu dla czujności i jednocześnie opanowania Kory, bo pies się nie zerwał z ujadaniem.

Kiedy otworzyła drzwi zobaczyła Adama.

- Cześć. - Przywitał się jakby zmieszany.

- Hej, co tu robisz? Chyba nie chodzi o flintę Maćkowiaka…

- Nie, to już zakończone, Jurek się na niego wkurzył, bo mu suki obraził, medalistki jego i złożył zażalenie. - Wyjaśnił nadal niepewny.

- Aha, ok. To co tam?

- Bo ja się chciałem dowiedzieć jak sobie radzisz z psami i w ogóle czy wszystko gra… - Tłumaczył się i mogłaby przysiąc, że nieco się zarumienił.

- Tak, jest super. - Zapewniła go. - chcesz zobaczyć psiaki? Może kawy?

Odetchnął z ulgą i uśmiechnął się.

- Już myślałem, że nie zaproponujesz…

- Oglądania szczeniaków? - Zapytała zaczepnie.

- Nie. Najlepszej na świcie kawy z kłaczkiem...


***


Za wszystkie literówki i błędy, których nie wyłapałam a są na pewno w tekście, bardzo przepraszam. 

Kolejne opowiadanie się pisze.















 

13 komentarzy:

  1. Chetnie bym przeczytala, ale przez te czcionke jest to niewykonalne :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale że co? rodzaj czy rozmiar?

      Usuń
    2. Dziekuje! Jest super! I nie zaluje, ze zlozylam zazalenie na czcionke :)
      Opowiadanie jest przesliczne, rozczulilam sie, pomimo tego, ze zazwyczaj jestem twarda jak skala :)
      Czekam niecierpliwie na nastepne!!!

      Usuń
    3. Dziękuję, bardzo się cieszę, ze opowiadanie się podobało.

      Usuń
  2. Jezeli chodzi o te czcionke, to nie wyswietlaja sie polskie znaki, a nawet gdyby sie wyswietlaly, to jest mało czytelna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale nie ma polskich znaków nawet po zmianie czcionki? bo jak u siebie widzę dobrze, że jest ok.

      Usuń
    2. Po zmianie czcionki są polskie znaki, wszystko perfekcyjnie:)

      Usuń
  3. Przeczytałam do końca. Noblistką z zakresu literatury to raczej nie będziesz /przynajmniej teraz/ ale pisz, jeśli sprawia Ci to przyjemność i jest odskocznią od innych zajęć. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdyby ludzie liczyli że zostaną noblistami w tym co robią to nie robili by nic. Zresztą chyba jeszcze nikt nie dostał nobla za opowiadanie. Raczej dłuższe formy są brane pod uwagę. Nie aspiruję do nagród, chociaż mam jedną na koncie, szkolną, za opowiadanie, ale zupełnie w innym klimacie. Dla mnie ważniejsze od tego czy mogę się ścigać z Tokarczuk, jest to czy miło spędziłaś czas czytając mój tekst czy uważasz to za zmarnowane minuty.

      Usuń
  4. Miałam tylko zajrzeć. Ale zaczęłam czytać... No i wiadomo, że musiałam doczytać do końca. Innej opcji nie ma, bo wciąga.:)))
    Mnie to się czyta świetnie i bardzo się podoba. No tylko właśnie muszę uważać, żeby nie było jakiegoś garnka na gazie, czegoś w piekarniku itp., kiedy się zabieram za czytanie Twojego tekstu.:)))
    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja zdaję sobie sprawę, że to literatura co najmniej średniej półki, niemniej bardzo mi miło jak komuś sprawia przyjemność spędzenie kilku lub więcej chwil w wykreowanym przeze mnie świecie. Dla tego zaraz w ramach relaksu po pracy siadam do kolejnego opowiadania. Do drugiej części powieści chwilowo nie mam głowy. Pozdrawiam.

      Usuń

Jeżeli podoba Ci się co piszę, lubisz spędzać czas przy moim blogu, daj mi o tym znać komentując. Dziękuję z całego serca.