niedziela, 26 listopada 2017

Wyznanie porzuconej dziewczynki...

Ech... To będzie najtrudniejszy teks w moim życiu. Zobaczymy co z tego wyjdzie. 

Witajcie, mam 35 lat (to ma dziś znaczenie), nazywam się Maria Łuczaj. Sześć lat temu nazywałam się Maria Kotlarz... A trzydzieści lat temu - Ryszarda Bicz. 
Nie, nie jestem tajnym agentem, ani nie objęto mnie programem ochrony świadków. Pierwsza zmiana nazwiska jest wynikiem najszczęśliwszego (no, może drugiego w kolejce) zdarzenia w moim życiu - ślubu. 
 Druga (wcześniejsza) zmiana personaliów jest połączona z najważniejszym wydarzeniem mojego obecnego życia - Adopcją.
Nastąpiło to kiedy miałam około pięć lat. Teraz chyba już nikogo nie dziwi, czemu tak ochoczo przygarniam bezpańskie koty, najlepiej te kulawe, kalekie i trudne. Te które miałyby problem ze znalezieniem domku. I dla czego nie waham się przed wydaniem fortuny na ich leczenie. 
Wiem, że miałam szczęście tak ogromne, że czasem trudno mnie samej w to uwierzyć. Bo ile dzieci w wieku przedszkolnym, może liczyć na nowe życie i to od wspaniałych ludzi z drugiego końca kraju. Zwłaszcza w Polsce. To jak trafić szóstkę w totka.
Nie będę tu pisać jak trudne było moje wczesne dzieciństwo, bo pomimo bardzo daleko sięgającej pamięci, nie wiem czy było trudne. Jako dziecko tego nie odczuwałam świadomie. Było pełne samotnych zabaw (Natura obdarzyła mnie ogromną wyobraźnią co ułatwiało sprawę), oraz słowo "denaturat" poznałam wcześniej niż pomarańczę. 
No ale na piąte urodziny dostałam nowe imię z nazwiskiem, nowy dom, psa (to ważne chociaż mnie nie lubił) i nowe życie.
K...rwa, większość pięciolatków dostaje klocki, albo misia...
Ok, jakoś to idzie, myślałam że będzie gorzej. 
Zatem. Przez trzydzieści lat żyłam sobie w nowej rzeczywistości, wmawiając wszystkim i sobie samej (na prawdę gorąco i szczerze sobie wmawiałam), że moje dzieciństwo z przygodami nie ma dla mnie znaczenia, że się ze wszystkim pogodziłam, zapomniałam. Że nie czuje żadnej, najmniejszej nawet potrzeby do tego tematu wracać itd. Od ilu terapeutów ja słyszałam te same teksty o wpływie opuszczenia przez rodzinę w dzieciństwie na moje dorosłe życie, bla bla bla. Wszyscy jak jeden mąż pierdzielili to samo. A ja to już teoretycznie wiedziałam i nie chciało mi się tego rozgrzebywać, bo nie wiedziałam sensu w tłuczeniu tematu po raz enty. A oni uparcie o tym dzieciństwie jakby chcieli na mnie doktorat zrobić. Pogoniłam te wszystkie terapie i odcięłam się od tematu.
No bo poco drążyć. Przecież jestem człowiekiem ogólnie szczęśliwym, społecznie normalnym, funkcjonującym jak inni normalni. Pomimo denaturatu poznanego już zapewne w życiu płodowym, skończyłam jedną szkolę, potem drugą, studia i podjęłam pracę. Nałogów brak, niechcianych ciąż również, kartoteka czysta, nie ma o co kruszyć kopii. Od ośmiu lat mam obok siebie wspaniałego mężczyznę, wspierającego mnie, dmuchającego w moje żagle ile sił w płucach. A przede wszystkim kochającego mnie bardzo mocno. Jego promienna miłość mnie uskrzydla. Mam też wspaniałych, kochanych i oddanych rodziców.
No to po co ten tekst?
Pamiętacie moje rozterki z Rysicą Rysią? Od tamtego czasu coś się zaczęło ze mną dziać. Poprosiłam Wszechświat by mnie pokierował, by mi coś wskazał. Myślałam, że chodzi tylko o portret Rysicy. Wiedziałam, że ma on znaczenie dla mojej tożsamości, ale nie byłam przekonana. Targały mną wątpliwości. No to Wszechświat mi powiedział dosadniej w czym rzecz. 
Od zawsze mam sny, są dla mnie ogromnie ważne, są moimi drogowskazami, podpowiadają, radzą się zastanowić. Mówią o moich lękach, o pragnieniach, przeszkodach i zagrożeniach. Czasami męczą. No i ostatnio miałam sen, który zatrząsł w posadach moim życiem. Nigdy wcześniej nie śniła mi się moja przeszłość, nie wracałam do niej we snach, nie szukałam, nie pytałam. Aż do teraz. 
Nie będę opisywać snu, w raczej zespołu snów następujących po sobie. Wszystko podczas jednej nocy. 
Ważne w tym jest, że w końcu zrozumiałam, jak głębokie rany pozostawiło we mnie moje dzieciństwo. Mądrość spadła na mnie rano, paraliżując na dobra godzinę. Siedziałam w łóżku po rozmowie z mężem i gapiłam się w okno. Zobaczyłam jaką samotna i porzuconą byłam dziewczynką, jak wrażliwą i obsesyjnie pragnącą miłości. I pomimo zmiany warunków życia, te cechy mi pozostały. Byłam samotną, niestabilną nastolatką i wyrosłam na samotną, strasznie mocno kochającą, wrażliwą kobietę. Ale przecież to jeszcze nie koniec świata, przez te wszystkie lata nauczyłam się funkcjonować z tymi cechami. 
Jedna mi jednak przeszkadza szczególnie i utrudnia życie. Brak umiejętności nawiązania właściwych relacji z innymi ludźmi. Wszystkimi! 
Tak strasznie pragnę uwagi i sympatii innych (nadal jak pięciolatka) a jednocześnie boję się wejść w relacje (Bo nie chcę odrzucenia) i sama ich odtrącam twierdząc, że mnie rozczarowują. Że nie są tacy jakich ich chcę, że nie poświęcają mi 100% uwagi. A przecież nie mogą. Nie wiedzą czego potrzebuję, są normalni. Sama nie wiedziałam o co mi chodzi. 
Ale teraz już wiem, poznałam przyczynę swoich kłopotów ze społeczeństwem. Tu mi się nasuwa, że odnalazłam odpowiedź na pytanie zadane w poście o Plemieniu. Może to spełnienie prośby wysłanej do Wewnętrznej Mirandoliny sprzed kilku miesięcy... A może po prostu nastał czas, na to by stanąć oko w oko ze swoimi demonami. Stawić im czoła. 
Przecież przez te doświadczenia nie umiałam zbudować właściwej relacji w własną mamą. Kocham ją, bardzo, ale nie dogadujemy się. Nikt tu nie ponosi winy, ani mama ani ja. Tak wyszło, inne charaktery. 
No ale jest światełko w tunelu. Skoro znam diagnozę, łatwiej mi będzie znaleźć lekarstwo. Na początek pogodzenie się z przeszłością i zaakceptowanie w pełni tego kim jestem i kim byłam. Odrzucenie fałszywej pewności i wyparcia. 
Dla tego powstał obraz Rysica. 

O to mój autoportret - Rysica Rysia. Bedzie moim amuletem na nowej drodze ku szczęściu i miłości.

33 komentarze:

  1. Piękny tekst. W sumie nie bardzo wiem co więcej napisać. Może tylko tyle, że każdy ma jakieś "demony" z którymi się mierzy z róznym skutkiem przez całe życie...... Ściskam mocno!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda. Ważne by się nie poddawać. Ja poznałam swojego demona teraz tylko go okiełznać. Dziękuję i również ściskam.

      Usuń
    2. Poznanie i zdefiniowanie demona to już duży sukces, bo wiemy z czym walczymy. Większość ludzi się miota, bo tak naprawę nie wie co w ich życiu jest nie tak. Więc myślę, że jesteś na dobrej drodze!

      Usuń
  2. Faktycznie trudne miałaś przemyślenia i niełatwo się nimi, oraz historią życia podzielić z wszystkimi innymi. Być może dobrze, że się wygadałaś, to skłania do refleksji. Jeśli chodzi o miłość i akceptację przez innych, sądzę, że każdy z nas tak ma, każdy chce być akceptowany, ale niestety większość społeczeństwa myśli jednokierunkowo i każda "inność" dobra czy zła jest odrzucana i wyśmiewana (niestety). Na szczęście w naszym życiu napotykamy również te dobre duszyczki, które nas wspierają, pomagają i potrafią nakierować na właściwy tor taki, który jest dobry dla nas, nawet mimo niezrozumienia przez innych. Trzymam kciuki Siostra, aby w Twoim życiu gościły już tylko te jasne dni i abyś otaczała się ludźmi, którzy doceniają Ciebie i Twoją pracę :) Na pozostałych po prostu szkoda czasu, bo lepiej mieć wokół siebie mało przyjaciół, ale wartościowych, niż wielu, na którzy jak tylko się obrócisz wbiją Ci ten przysłowiowy nóż w plecy.
    Buziaki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki kochana. Nadal jestem w szoku po swoim odkryciu. Moje nerwy związane z Elką nagle się wyjaśniły, moje rozterki związane z mamą... Wszystko się nagle rozjaśniło. Trzymaj się.

      Usuń
  3. Popłakałam się. Wysyłam Ci mnóstwo pozytywnej energii! I ściskam bardzo mocno:)
    pozdrawiam serdecznie z nad filiżanki kawy:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Droga Agnieszko, szkoda Twoich łez, chyba, że potrzebowałaś ich. Ja się już uwalniam z tego, właśnie "wychodzę na słoneczko" z cienia przeszłości. Chcę się nauczyć żyć z nową świadomością. Dziękuję Ci za energię, jej nigdy dość.

      Usuń
  4. Wyrwałaś się, gratuluję, na pewno było Ci cięzko, ale teraz możesz iść do przodu. Rysica ma piękną duszę.
    M

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci za te słowa. Czuję się nieco pogubiona w nowej rzeczywistości i czuję pewien wstyd za te moje nieuświadomione postępowanie... ale serce mam pełne radości.

      Usuń
  5. Nie wiem co napisać. Że Cię podziwiam, że tak szczerze opisałaś, co się z Tobą dzieje?
    Że... Za mało słów.
    Ściskam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Agniecho... słowa są czasem balastem który nas ogranicza. Nie trzeba ich za wiele. Dziękuję za odwiedziny. Pozdrawiam.

      Usuń
  6. Żeby te życie chciałao być proste a tu jak na złość zawsze coś.
    I tak każdy z nas ma swoje demony...
    ostatnio młodej osobie tłumaczyłam ,że jedno odchodzi przychodzi następne i na pewno będzie lepsze.
    Jej sie tak poszczęściło i przyszło lepsze.
    Tobie życzę abyż też zawsze lepsze przychodziło...
    Pozdrawiam serdecznie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, nasze życie to rzeka która ma rożne poziomy, czasem to powodziowe fale, a czasem suchy muł... Dziękuję za życzenia.

      Usuń
  7. Bardzo doceniam Twoją szczerość i chęć podzielenia się z nami swoimi odkryciem.
    Też mam swoje demony co mają podobny skutek...
    Nikt mnie nie oddał do domu dziecka ,ale życie w rodzinie dysfunkcyjnej z alkoholikiem któremu podporządkowane jest całe życie rodziny , poczucie że jest się gorszym dla otoczenia , jakby napiętnowanym to wielki bagaż dla każdego dziecka :( To zostaje w człowieku i utrudnia relacje z ludźmi już na zawsze...
    Pozdrawiam ciepło i trzymam kciuki za lepsze jutro !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wzajemnie Amyszko. Dużo czytałam o tym co cię spotkało, bo mam takich znajomych ale nigdy nie zaliczałam siebie do tego grupy, a w sumie może powinnam. Teraz już będzie łatwiej i lepiej bo droga jest widoczna.

      Usuń
  8. kocham tę Rysicę od początku, kiedy ją zaczęłaś tworzyć Marysiu... teraz już wiem dlaczego :)... trochę tego co napisałaś o swoich emocjach, jakoś boczkiem, boczkiem dotyczy i mnie... choć podłoże zgoła inne... a może nie?
    ściskam mocno, słoneczka życzę i duuuuużo pogody ducha :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Basiu, jesteś moją bratnią duszą i wiernie wspierasz w mojej sztuce, dziękuję Ci za to serdecznie i z całego serca. Sądzę, że moje emocje, chociaż mają specyficzne źródło są nieobce wielu ludziom, szczególnie kobietom.
      Ściskam goraco.

      Usuń
  9. Podziwiam Twoją odwagę, że tak czarno na białym przedstawiłaś historię swojego życia, a potem przemyślenia i wnioski. Naprawdę jesteś bardzo dzielna. I głęboko wierzę, że teraz będzie tylko lepiej. I tego Ci gorąco życzę. A Rysica Rysia jest piękna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, chociaż nie dla podziwu się otworzyłam. To jest moja terapia, jak coś napiszę, powiem na głos trafia do mnie dziesięć razy silniej niż jak to tylko pomyślę. Również wierzę, że będzie lepiej bo już jest, przynajmniej w mojej głowie.

      Usuń
  10. Rysica Rysia, chociaż Ryszarda brzmi godniej, a ona bardzo godnie się prezentuje, po przyjrzeniu się, ma uśmiech jak Mona Liza.
    Buziaki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takie porównanie... Wow. Ale uśmiecha się bo zdobyła mądrość,która ułatwi jej życie. Pozdrawiam i ściskam.

      Usuń
  11. Odważna jesteś. To faktycznie trudny tekst... Chwyta za gardło...
    No tak, Rysica wyszła z krzaków na otwarty teren na śnieg - to trudne i nieco niebezpieczne, ale da radę. Na pewno.:)
    Pewno spotkałaś ludzi, którzy, na miarę swoich możliwości, chcieli Ci pomóc - ale ostateczny efekt i tak zależy od Ciebie.
    Podziwiam i przesyłam serdeczne myśli.:)
    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za serdeczne myśli, bardzo dziękuje bo na pewno dodadzą i sił. Spotkałam wielu dobrych ludzi o wspaniałych i pięknych duszach. Dopiero teraz doceniam ich wkład w moje uzdrowienie.

      Usuń
  12. Takie chwile wyznania czegoś są ważne ,są jak oczyszczenie ,otwarcie na nowe..Tak jak pisały Osoby wyżej i ja powtórzę, każdy nosi jakieś demony...najważniejsze by je zobaczyć, jak już wiemy z czym się mierzymy jest łatwiej...Miłość niech Cię otacza dalej tego Ci życzę:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się czuję bardzo czyszczona. Dziękuję za dobre słowa. Z każdym dniem lżej mi się oddycha.

      Usuń
    2. jeśli człowiek wie i jest świadomy tego co się z nim dzieje to już potem łatwiej stawiać kroki w przyszłość....
      Oddechu pełną piersią życzę:):):)

      Usuń
  13. Przeczytałam z zapartym tchem i powiem... podziwiam Cię za odwagę, za szczerość, za wszystko! Jesteś wspaniałą osobą! Trzymaj się:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, Nawanno, tak uprzejme słowa mnie głęboko wzruszają. Bardzo dziękuję.

      Usuń
  14. Podziwiam Twoją siłę i odwagę ! Wyobrażam sobie jak musi boleć wracanie wspomnieniami do okresu smutnego dzieciństwa...! W oczach Rysicy widzę siłę i szczęście !
    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, bolało, ale ten ból był jak ten przy nastawianiu zwichnięcia. Chwilę boli strasznie, a potem jest ogromna ulga i szybka rekonwalescencja.

      Usuń
  15. Rysica jest cudna-jakby miała zaraz wyskoczyć z ekranu:)Trudne wyznanie ale być może to było Ci potrzebne i w jakiś sposób zdejmie ciężar.Mam kuzyna adoptowanego ale nigdy tego tematu nie poruszaliśmy-więc nie wiem jak to odbiera-może inaczej jak Ty bo był jako niemowle adoptowany.Koleżanka też była adoptowana w wieku 5 lat-czasem opowiadała o tym czasie ale czy miała dobre dzieciństwo z tego co mówi to nie.Wszystko zależy od rodziców....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz... dziecinie są odbierane dobrym rodzicom, wbrew temu co mówi telewizja... zazwyczaj. Wyznanie było mi potrzebne bo wiele uświadomiło i wracam do tego tekstu by pomyśleć.
      Dzięki za odwiedzimy.

      Usuń
  16. Hmm, ty wiesz i ja wiem, że każdy musi sam przerobić swoje lęki i trwogi, więc na nic się zdaną moje słowa.
    Ja jestem w innej sytuacji. To ja adoptowałam syna 24 lata temu. Powiedziałam mu o tym bardzo szybko, ku wielkiemu zdziwieniu moich rodziców. Siedział mi na kolanach, taki mały brzdąc, a ja spokojnym głosem wymyśliła taką historię " weszłam do pokoju, a tam leżało bardzo dużo dzieci, podeszłam do Twojego łóżeczka i od razu Ciebie wybrałam i pokochałam" Mimo tej szczerości do 18 roku życia, żyłam w niepokoju. Przed syna urodzinami zasiadłam z nim do trudnej rozmowy- "jeśli chcesz, pomogę Ci odszukać biologicznej mamy. Z tego co wiem to masz dwóch starszych braci". Powiedział nie. Więcej na ten temat nie rozmawialiśmy. Gdzieś tam w skrytości ducha uradowałam się, że nie chce. Nie wiem jakbym zareagowała teraz, kiedy ma 24 lata. To są trudne wybory i ogromne przeżycia dla tych adoptowanych i tych adoptujących. Bardzo mocno przeżyłam rozstanie z moim pierwszym mężem. Wbiłam sobie do głowy, że decydując się na adopcję powinnam zapewnić dziecku pełną rodzinę. Dlatego też tak długo czekałam z odejściem od męża, który nadużywał alkoholu.
    Trzymaj się dziewczyno

    OdpowiedzUsuń

Jeżeli podoba Ci się co piszę, lubisz spędzać czas przy moim blogu, daj mi o tym znać komentując. Dziękuję z całego serca.